Przepłynęliśmy Bałtyk wpław!

Przepłynęliśmy Bałtyk wpław!

Całkowitym powodzeniem zakończyła się nasza próba przepłynięcia wpław z Polski do Szwecji! Wyruszyliśmy we wtorek 24.07.2018 r. o godzinie 9:00 z kołobrzeskiej plaży, by po 55 godzinach i 34 minutach dotrzeć do szwedzkiego wybrzeża w Kaseberdze!

Do próby przepłynięcia Bałtyku przygotowywaliśmy się ponad 12 miesięcy. Zainspirowała nas inna sztafeta, która próbowała pokonać trasę z Polski do Szwecji dwukrotnie. Niestety ze względu na niekorzystne warunki pogodowe za pierwszym razem musieli zawrócić, natomiast podczas drugiej próby dopłynęli do celu, jednak z przystankiem na Bornholmie – my chcieliśmy zrobić to bezpośrednio!

Nasza sztafeta składała się z sześciu pływaków. Trzech kobiet (Hania Sokołowska, Kasia Jonio, Marta Otto) oraz trzech mężczyzn (Michał Jakubowski, Marcin Bogucki, Rafał Bebelski). W rezerwie pozostawało trzech pływaków na wypadek problemów osób z pierwszego składu (Bartosz Strojek, Magdalena Żołnowska, Dorota Pawłowicz). Pierwsza z osób miała za zadanie płynąć przez godzinę, a po niej do wody wchodziła następna osoba ze sztafety, aby płynąć w swojej kolejce. Zmiany dokonywaliśmy poprzez symboliczne przebicie piątki w wodzie.  I tak do samego celu, czyli do szwedzkiego brzegu. Płynęliśmy nieprzerwanie, w dzień oraz w nocy.

Asekurował nas jacht motorowy – James Cook. Na pokładzie mogliśmy się regenerować, jeść, integrować oraz czekać… czekać… na wyłaniający się zza horyzontu zarys brzegu w Szwecji. W nocy dodatkowo asekurował nas RIB, czyli mniejsza jednostka, która mogła znajdować się bliżej pływaka przy ograniczonej widoczności. Zarówno RIB, jak i statek, miały na wyposażeniu dodatkowe reflektory oświetlające pływaka.

Pierwszego dnia naszej próby nie opuszczało nas podekscytowanie i bliżej nieokreślony niepokój. Tylko czego tu się bać?! Byliśmy przecież gotowi na długie pływanie. Byliśmy gotowi na ograniczony czas snu i regeneracji. W mniejszym lub większym stopniu byliśmy gotowi na falowanie lub co gorsza, na skutki tego falowania po wyjściu z wody. Tak nam się przynajmniej wydawało. 😉 A jednak natarczywe myśli wysuwały się nieustannie na pierwszy plan. Jak przebiegnie pierwszy cykl zmian? W jakim stanie będziemy po kilku pierwszych seriach zmian? Jakie niespodzianki  zafunduje nam morze i pogoda? Jak długo można nieprzerwanie machać rękami bez odczuwalnego zmęczenia i jak bardzo będziemy zwalniać w drugiej dobie pływania? Jak wielkich „ofiar dla Neptuna” 😉 będzie wymagała nasza próba?

Wejście do wody każdego z pływaków w sztafecie związane było z ogromnymi emocjami, niecierpliwością pozostałych członków ekipy oraz obliczaniem mil pozostałych do symbolicznej „mety”, czyli do brzegu w Szwecji. Nieoceniona była pomoc załogi James’a Cook’a, jednostki, która nas asekurowała. Idealnie pokierowany kurs na najbliższy szwedzki brzeg. Doskonale utrzymana prędkość, aby płynąć na wysokości pływaka znajdującego się w wodzie. Cudowne ucieczki pływakowi, które sprawiły, że tempo rosło i pokonany dystans niejednokrotnie nas zaskakiwał. Pyszne posiłki po zakończeniu swojej zmiany. Wyczuć można było w powietrzu delikatne podmuchy rywalizacji, choć przecież cel mieliśmy jeden. Cel był wspólny. Jednak każdy z nas chciał pokonać jak najwięcej kilometrów. Każdy dawał z siebie wszystko i nie odpuszczał pomimo narastającego zmęczenia. Nikt jednak nie chciał doprowadzić do sytuacji, w której po wyjściu z wody padałby bez sił i zrezygnowałby z kontynuowania próby. Pomimo pojawiających się przeciążeń i spiętych mięśni zbliżaliśmy się z  każdym kolejnym machnięciem do brzegu. Tylko to się liczyło. Poza tym obserwowani byliśmy przez kilka par oczu. Czuwała nad nami nie tylko załoga statku, ale też pływacy rezerwowi. Pilnowali bezpieczeństwa każdego, kto wchodził do wody niezależnie od pory dnia, czy nocy. Z taką dawką zabezpieczenia wchodziliśmy do wody z tym większym przekonaniem, że gdyby wydarzyło się coś nieoczekiwanego, to oni są na stanowisku i czuwają.

Na szczęście byliśmy bardzo dobrze przygotowani i nikt nie padł bez sił. Byliśmy też świetnie zaopiekowani przez profesjonalny sztab medyczny,  Michała Starosolskiego oraz Adriana Janiszewskiego. Dbali oni o naszą kondycję fizyczną, ale również o zdrowie psychiczne na pokładzie. Po każdym wyjściu z wody odbywało się sprawdzanie parametrów życiowych i ewentualne konsultacje medyczne. Oprócz ogólnego zmęczenia i obolałych mięśni nie udało się upolować większej niedyspozycji.

Świadomie lub mniej świadomie, wzajemnie  się motywowaliśmy do wysiłku, do utrzymania rytmu, do zaciskania zębów, gdy trzeba było zwiększyć tempo pływania. Było całkiem dobre, ale każdy  chciał mocniej i dalej niż pozostali. „Ile kilometrów przepłynąłeś?/ Ile przepłynęłaś na ostatniej zmianie?’” Te pytania pojawiały się najczęściej po zejściu pływaka ze swojej zmiany. Po każdym etapie obliczaliśmy pozostałe do lądu kilometry. Pozwalało nam to zająć głowy prognozowaniem, kiedy postawimy nasze stopy na szwedzkiej plaży. Na potrzeby naszej próby powstała specjalna aplikacja ORACLE, dzięki której wszyscy na lądzie, mogli śledzić nasze postępy na Morzu Bałtyckim.
Link do aplikacji

Dosyć silnym przeżyciem dla każdego z nas było pierwsze wejście do wody i płynięcie nocą. Zabezpieczeni byliśmy w boję pływacką, w której znajdowała się lampka migająca rytmicznie oraz nurkową lampkę do sygnalizacji pod wodą podczas pływania. Dodatkowo płynął obok pływaka RIB, który asekurował osobę w wodzie i oświetlał dodatkowym reflektorem. Dawało to poczucie bezpieczeństwa, jednak nie wpływało na uciszenie rozbujałej w takich okolicznościach wyobraźni. Ciemna toń pod nami i lustro wody zlewające się z ciemnym, nocnym niebem uruchamiało głęboko ukryte demony z dzieciństwa oraz przypominało wszystkie fantastyczne kreatury i nieuniknione wydarzenia z horrorów. 😉 Pamiętacie wielką szafę u babci, która po otworzeniu ziała czarną otchłanią?! Pamiętacie pierwsze zejście do ciemnej piwnicy po słoik z ogórkami, gdy mieliście kilka lat?! Pamiętacie nocną wartę na obozie?! Nie musisz się bać, a jednak coś Ci podpowiada, że bezpieczniej będzie uruchomić lękowe mechanizmy obronne. Czy któreś z nas zrezygnowało albo przeciągało wejście do wody?! W życiu!! Nasze zmiany następowały dynamicznie i w sposób zdyscyplinowany, żeby nie uronić ani sekundy ze swojej kolejki do pływania.

Drugiego dnia naszej próby wszyscy już tak okrzepli ze swoimi zadaniami, że machina toczyła się bez większych przeszkód. Charakterystyczny dźwięk trąbki sygnalizującej zmianę (dzięki Magda) pozwalał nam nieco odetchnąć, bo najbardziej dłużyło się ostatnie pięć minut każdej zmiany. Godzina w wodzie, w godzinę po wyjściu z wody trzeba było przyjąć jakieś jedzonko i spróbować trochę odpocząć, bo za 2 – 2,5 godziny trzeba było się rozgrzewać i koncentrować przed następnym wejściem do wody. I tak przez następne godziny. Morska woda w środę rano była gładka, jak stół i każdy miał apetyt na rekordy. Szybko trzeba było zweryfikować nadzieje, bo gładka powierzchnia nie oznaczała przychylności prądów. Kolejna lekcja pokory wobec żywiołu, jakim jest morze. I po kilku godzinach pojawiło się znowu lekkie falowanie. Nic to, bo przełamaliśmy magiczną połowę dystansu do przepłynięcia, prognozy pogody były obiecujące, a im bliżej byliśmy celu, tym żwawiej odbywała się każda zmiana. Przepłynięte przez uczestników sztafety fragmenty naszej trasy wcale się tak bardzo nie różniły od tych atakowanych w pierwszym dniu. Po każdych sześciu godzinach w wodzie próbowaliśmy weryfikować nasze prognozy na czas, który potrzebny nam będzie na osiągniecie lądu w Szwecji i dokonywaliśmy niesamowitych odkryć, jak np., „że dobę pływania można zrobić w 24 godziny”. 😉 I nie chce wyjść inaczej.

Trzeciego dnia naszego wyzwania obudziliśmy się z przeświadczeniem, że tak długo wyczekiwany moment zamknięcia projektu z sukcesem, jest już nieunikniony. Podekscytowanie czuć było w powietrzu. Nerwy z trudem utrzymywane były na wodzy. Czuć było jeszcze kilka innych zapachów, np. włosy wymoczone w solance, albo przyprażoną słońcem skórę. Kończyły się kremy z filtrem. Lada moment mogło zabraknąć w menu kabanosów. Ale to, co wydarzyło się na morzu, zostaje na morzu. 😉 Oczywiście oczekiwanie na nieuniknione jest największym wyzwaniem dla relacji między luźdzmi. Wszyscy wypatrywali się w szwedzką linię brzegową. Już lada moment mieliśmy wszyscy stanąć na lądzie, na plaży w szwedzkiej Kaseberdze. Wszyscy, czyli sześcioosobowa sztafeta i trzyosobowa rezerwa.  Jak się okazało nasze plany o energicznym i entuzjastycznym wybiegnięciu z Morza Bałtyckiego u naszych sąsiadów zza wody należało zweryfikować, bo przybrzeżne dno i plaża, na które zostaliśmy pokierowani były kamieniste. Zamiast żwawego wtargnięcia do Szwedów wykonaliśmy niezbyt majestatyczny, chwiejny i nieśmiały marsz w stronę długo wyczekiwanego lądu. Skierowaliśmy się w stronę szwedzkich reprezentantów władz miasta, którzy z niecierpliwością czekali na brzegu, aż uporamy się z kamienistym brzegiem morza.

W końcu się udało. Osiągnęliśmy cel! Dotarliśmy z Polski do Szwecji wpław! Sześciu śmiałków (a w zasadzie dziewięciu)! 170 kilometrów! Jeden cel! Cytując Tomy Le: „Tej grupie ludzi ostatnie 55 godzin wyryły w umysłach coś niezapomnianego. Jestem o tym przekonany!” Jako uczestnik projektu Poza horyzont, potwierdzam! Co więcej, niesamowitą pamiątką będą zdjęcia robione przez Agatę Maszewską i filmiki autorstwa Rafałą Pierścieniaka. Pomysłodawców i organizatorów tego całego szalonego przedsięwzięcia! Oj, będzie co wnukom opowiadać!

Powitani przez szwedzkie władze mogliśmy odetchnąć i zacząć oswajać się z myślą, że przepłynęliśmy sztafetowo wpław Bałtyk. Dodatkowego smaczku całemu wydarzeniu nadała rodzina z Gdyni, która na co dzień mieszka w Szwecji, ale w miejscowości oddalonej o około 200 km od Kasebergi. Gdy usłyszeli o naszej sztafecie w radiu, postanowili powitać nas na plaży. Cudowne uczucie. Dziękujemy! Krótki spacer przez Kasebergę z megafonem pozwolił nam usłyszeć kilkukrotnie z ust Marcina, że dopłynęliśmy. Zrobiliśmy to! Trzeba było uwierzyć.

I w zasadzie od razu wracamy do Polski. Powrót drogą morską zajął nam około dwunastu godzin, ale Morze Bałtyckie nie było już tak łaskawe, jak przez ostatnie trzy dni naszej próby. Planowaliśmy, przewidywaliśmy, że cały projekt pochłonie około 72 godziny ciągłego płynięcia. Okazało się, że zrobiliśmy to 17 godzin szybciej, niż pierwotnie zakładaliśmy. Dzięki temu nie musieliśmy obawiać się lądowania na szwedzkiej plaży nocą.

Po dopłynięciu do Kołobrzegu czekało na nas jeszcze jedno zadanie. Mieliśmy całą sztafetą razem z rezerwą dopłynąć do plaży w Kołobrzegu przy Hotelu Arka Medical SPA. Choć nie wracaliśmy całej drogi ze Szwecji wpław, to jednak takie symboliczne wyjście na ląd w Polsce pozwoliło zgromadzonym sympatykom i kibicom trochę mocniej uczestniczyć w zamknięciu naszego projektu Cross Baltic Challenge 2018. Na plaży powitał nas burmistrz Kołobrzegu, przedstawiciele hotelu, kibice oraz media. Niesamowite, jak informacja o naszym projekcie, dotarła do różnych zakątków Polski. Trzeba uważać, o czym się marzy, bo marzenia coraz częściej się spełniają. 😉 Mało tego, często trzeba uważać, na co się w życiu człowiek decyduje, bo nigdy nie wiadomo, kiedy stanie się dla kogoś inspiracją. Mam nadzieję, że zakończenie z sukcesem projektu sztafetowego przepłynięcia wpław Morza Bałtyckiego ośmieli innych do realizowania swoich (nie tylko) sportowych planów. Bo najtrudniej jest podjąć decyzję o rozpoczęciu i podjąć pierwsze kroki do realizacji zamierzenia. Z każdym kolejnym krokiem powinno być coraz łatwiej.

Wracając do rzeczywistości mogliśmy już przestać płynąć, a jednak „falowaliśmy’” przez kolejne dwa – trzy dni. Najśmieszniejsze wrażenia pojawiały się po odkręceniu wody w kranie. Na treningu rowerowym, trochę przestawało bujać w głowie, ale zaraz po zejściu z roweru, głowa natychmiast wracała na morze.

Dziękujemy wszystkim kibicom i sympatykom naszego projektu, bo akcja wyszła daleko poza ramy i zasięg Kuzni Traithlonu, z którego wywodzą się pływacy-amatorzy naszej sztafety. Każdy gest, każde słowo wsparcia czy zainteresowania dla naszej akcji, tak na lądzie jak i na morzu, dawały nam nieprzebrane pokłady energii i motywacji. Każda para oczu skierowana na naszą wirtualną trasę w aplikacji, każdy podniesiony do góry kciuk na fejsie, każde zaniepokojone dopytywanie, dodawało nam otuchy. Ogromną i wprost niewyobrażalną wdzięczność mamy przede wszystkim do naszych rodzin, naszych bliskich i przyjaciół. Oni wszyscy drżeli, ale zaufali! Oni wszyscy wierzyli, ale niepokoili się najbardziej! Oni wszyscy czekali najbardziej na kolejna zmianę w wodzie, ale żadnemu nie było dane wejść do tej wody! Oni wszyscy byli najbardziej wyczerpani przygotowaniami do projektu i samym projektem, ale nie protestowali! U nich emocje były największe! Wielkie dzięki! Kochamy Was! Bez Was projekt Poza horyzont, Cross Baltic Challenge 2018 nie byłby możliwy!

Wspaniała przygoda. Niepowtarzalne i bezcenne przeżycie! Ale tylko dzięki ludziom, z którymi to zrobiliśmy. SIŁA!
Marta Otto

Informacja o naszym dokonaniu szybko obiegła polskie media. Materiał o nas został wyemitowany w głównym wydaniu Faktów TVN. LINK

Dziękujemy bardzo za wsparcie Arka Medical SPA, firmie PORR, Oracle, FrioArte, Bogucki Engineering, Dare2Tri Polska, Empik, Mateuszowi Gdowskiemu, Bartłomiejowi Zygmunciakowi, Szymonowi Bujalskiemu!